MtbCrossMaraton Daleszyce. Relacja

Jeszcze dwa dni po zawodach czułem skutki niesamowitego tempa pierwszych zawodów w sezonie 2026. Żaden dobry trening nie zastąpi wyścigu i już na wstępie trzeba podziękować całej trójce zawodników, która przez dużą cześć trasy utrzymywała bardzo wysoki poziom w każdej fazie wyścigu na średnim dystansie.

Nie tak źle

Trochę obawiałem się pogody na starcie w Daleszycach. Z wiosennych 20 stopni z soboty niewiele zostało. Do tego mocny północny wiatr. Z jednej strony wiadomo było, że trzeba jechać w krótkich spodniach, przecież w lesie będą niższe prędkości i osłona od wiatru. Z drugiej, nie chciałem zamarznąć już na starcie. Całe szczęście nie było źle. Prawdopodobnie duża ilość słońca wygrała z północnym chłodem i mogliśmy mówić nawet o czymś na wzór idealnej pogody na rower.

Warunki na trasie również idealne. Podsłuchując rozmowy lokalsów i widząc lekkie kałuże przy dojeździe do Daleszyc, nie trudno było wywnioskować, że trochę popadało. Możliwe, że taki deszcz trzeba zaliczyć na duży plus, ponieważ w lesie i tak praktycznie wszędzie panowała spora susza. Wyjątek, to kilkukrotne przejazdy przez niewielkie strumyki, jedyne miejsca, gdzie można było choć trochę ubrudzić rower.

Pierwsza połowa

W Daleszycach trudno się nudzić, a przejazdy kamienistymi grzbietami wzniesień są nie do podrobienia. Takie klimaty dominują w pierwszej fazie ścigania i robią odpowiednią selekcję. Na niektórych odcinkach trzeba było mocniej docisnąć, żeby w siodle wyjechać na szczyt. Sam przejazd po naturalnych kamienistych rockgardenach też wymaga koncentracji i odpowiedniego tempa. Im wolniej jedziemy tym gorzej i łatwiej o utratę równowagi i zatrzymanie.

Od startu jechało się dobrze z wiatrem w plecy i nawet zupełnie nie w swoim stylu, wystartowałem nieźle. Przez dugi czas utrzymywałem tempo 6-7 innych zawodników, systematycznie ścigając teamowego kumpla Andrzeja, który zupełnie w swoim stylu, wystartował lepiej niż ja. Dla mnie to też zawsze ważna informacja, czy jadę dobrym tempem w odpowiedniej grupie. Jeśli widzę Andrzeja na horyzoncie, znaczy – jest dobrze. Jak tylko udało mi się wyjść ze wspomnianej kilkuosobowej grupy na front, to pogoń ruszyła na dobre i z każdym mocniejszym depnięciem w korby bieżnik tylnej opony Andrzeja stawał się coraz bardziej wyraźny.  Niedługo później z kilkuosobowej grupy zostałem sam z Andrzejem.

Podkręcamy tempo

Z Andrzejem znamy się dobrze i trudno zliczyć, ile razy w ubiegłym sezonie i jeszcze poprzednich, jechaliśmy sporą część trasy razem. Sezon 26 postanowiliśmy zacząć do starych dobrych zwyczajów. Wtedy też tempo jest odpowiednie, tym bardziej wielki szacunek dla dwóch innych zawodników, którzy dołączyli do naszej grupy i również pokazali się z bardzo dobrej strony.

Tempo drugiej części zawodów wyglądało jakby ktoś przypadkiem wrzucił mnie na trasę Pucharu Świata. Mijaliśmy też coraz więcej osób z innych dystansów, którzy nie zawsze mieli możliwość ustąpienia grupie 4 zawodników. Raz utknąłem w solidnym korku i trzeba było się mocno spiąć, żeby znowu wrócić do gry.

Przeklęte łąki…i co za góra

Dojazd do rynku w Daleszycach zawsze poprzedzają słynne łąki, na których spokojnie można testować zawieszenie i odpowiedni poziom SAGu w zawiasie. Ja już wiem, że trzeba trochę obniżyć ciśnienie, bo miałem wrażenie, jakbym jechał na zablokowanym widelcu. Co roku się zastanawiam, jak człowiek to ogarniał na hardtailu. W tym roku wyjątkowo mnie rozmiękczyły daleszyckie łąki zwłaszcza, że dojazd do nich poprzedzony był kilkoma atakami z grupy i szaleńczym tempem.

Pozycję do dobrego rozegrania ostatnich metrów miałem idealną. Ostatnie miejsce w grupie, a przed nami już tylko kostka brukowa i lekki podjazd prosto na metę. Andrzej ruszył pierwszy, ja zaraz za nim. Co się stało z moimi nogami na tych ostatnich metrach…nie potrafię zrozumieć. Nie czułem się aż tak wypruty z sił, a jednak w zbiorniku paliwa susza. Przegrałem finałowe metry, które okazały się olbrzymim podjazdem z każdym z 4-osobowej grupy. Andrzej szybko zdiagnozował moje problemy: za mało jesz. A przecież wczoraj byłem na grillu, zjadłem wszystko co się dało. Dalsza część wywodów Andrzeja wyjaśniła, że to chodzi o jedzenie żeli, a nie jakiejś tam kiełbasy. Ale ogólnie to i tak jestem zadowolony. To jeden z lepszych moich wyników w Daleszycach, może nawet najlepszy.

Zdjęcia: Patryk Ptak MtbCrossMaraton

Wyniki: https://www.mtbcross.pl/wynikiZawodow

Komentowanie jest wyłączone.