DareToBe Maraton Mtb Wadowice. Relacja

Magia Wadowic wciąż działa. Trudno o lepszą górską trasę w typowym maratonowym stylu. Dla wielu sam przejazd tak wymagającej pętli to olbrzymie wyzwanie, a dla tych z mocniejszą nogą, idealne pole do sprawdzenia się na w wymagającym terenie.

Rzeczy do zapomnienia

Wadowice to już drugi wyścig w tym sezonie. Przynajmniej dla mnie. Emocje już trochę opadły, ponieważ chyba każdy z nas czuje lekką tremę przed pierwszym startem w sezonie, pomimo tego, że nie jest to nasz pierwszy sezon w lesie. Daleszyce były dla mnie bardzo udane. Pierwsze miejsce w Open na średnim dystansie to zawsze niezły starter w sezon. Może to mnie trochę uśpiło, ponieważ znowu czegoś zapomniałem. W historii moich startów bywało już różnie. Zapominałem wielu rzeczy. Rok temu przejechałem całą trasę w zwykłych krótkich spodenkach. Innym razem nie wziąłem ze sobą butów. Tym razem przyszedł czas na bidony. Zastanawiam się tylko co następne? Może kask albo już cały rower?

Szosę to ja lubię

Wadowice leżą przy samych górach, ale otoczone są wieloma drogami krajowymi, które trochę utrudniają wykorzystanie np. Jaroszowickiej Góry, która przez lokalnych bikerów jest dość dobrze wyjeżdżona. Również pogodzenie miejsca startu z pierwszym odcinkiem terenowym wymaga kompromisów. Największym z nich jest dojazdówka do pierwszych odcinków leśnych, która prowadzi długim asfaltem. Dla mnie nie problem. Lubię asfalty i spędzam na nich większość rowerowego czasu. Oczywiście nie robię tego na MTB, ale nie ukrywam – lubię.

Taki starter ma również swoje plusy. Na długim odcinku, poprzecinanym lekkimi podjazdami, duża grupa ma się gdzie rozciągnąć i pierwszy podjazd idzie już bez zbędnej nerwówki. Tym razem na przodzie też miał kto rozkręcić peleton, ponieważ ludzi z JBG chyba każdy zna. Nie są to przypadkowe osoby, a konkretne konie. Dla wielu z nas jest to też ciekawy sprawdzian. Amator kontra ktoś bardziej zaawansowany.

Warun

Przed startem wyścigu wielu z nas miało dylematy, co najlepiej ubrać. Nadzwyczajnego ciepła nie było. Wiało, a w prognozach straszyli deszczem o porze, która się zmieniała z każdym otwarciem pogodowej appki. Pierwszy las, pierwsze kilometry i już wszystko było wiadomo. Jest nawet za ciepło. Trzeba było jechać to na krótko. W lesie o wietrze można było zapomnieć, a niskie prędkości na podjazdach, potrafiły dobrze zagotować.

Pierwszy podjazd poszedł bardzo szybko. Dodatkowo już na dzień dobry mieliśmy niezłą ściankę, na którą niestety trzeba było wypchać rower. Taka specyfika maratonów górskich. Nie zawsze wszystko da się idealnie objechać, zwłaszcza w tak wymagających górach.

Zjazdy i podjazdy

2100 metrów przewyższeń na średnim dystansie, to są grube statystyki. Drugi podjazd całkiem szybko nabił sporo z tych wartości, ale na świeżych nogach przeszedł dość gładko. Na szczycie podjazdu widziałem nawet całą czołówkę, przynajmniej tą którą mogę zobaczyć. Końcówka to po raz kolejny sprawdzian dla naszych butów. Mało kto z nas lubi takie odcinki, ale czasami człowiek się trochę prze prostuje. Nie ma tego złego.

Dalej po drodze spotykamy biegaczy, o których informował organizator przed wyścigiem. Całe szczęście to nie Tatry, chyba wszyscy się pomieścimy. Osobiście nie miałem z tym żadnego problemu. Uprzejmie informując z której strony nadjeżdżam każdy fajnie robił miejsce. No może raz o milimetry się udało, żeby się nie nadziać na poziome kijki biegnącego.

Jesteśmy na około 26 km, na szczycie, a wydawałoby się, że to już 40 km. Początek to głównie wspinaczka, stąd też dystans dopiero miał przyspieszyć. Jazda przez Leskowiec jest fajna, szybka i połączona z biegaczami, czyli taki dodatkowy poziom przeszkód. Przed nami najdłuższy zjazd na 31 km – długi, szybki i bardzo ciekawy. Jak dla mnie nawet bardzo szybki. Na całym wyścigu zjazdy nie były aż tak techniczne jakie znam np. z maratonu w Rzykach. Ale pod koniec już nie czułem rąk i chyba modliłem się o kolejny podjazd, na którym wiem że się zmęczę, ale dłonie trochę odpoczną.

Do mety

Końcowe 10-15 km jedziemy w 3, 4 osobowej grupie. Szybko, po lekkich sporadycznych zmianach. Przed ostatnim podjazdem zostaje nas tylko dwóch. Długi, szosowy zjazd do wioski gonie mocno wiedząc, że do mety już bardzo blisko. Ostatni lekki podjazd jadę na tyłach i nie pozostaje mi nic innego jak zaatakować mocniej, co przynosi pozytywne rezultaty. Na metę wjeżdżam na 7 miejscu open i 4 M4. Liczyłem na więcej, ale jak widać daleszyckie góry lepiej znoszą moją masę. Te wadowickie powiedziały „sprawdzam” i wyszło jak wyszło.

Bardzo dobre ściganie, bardzo dobry teren, świetna pogoda, duża frekwencja, mocni rywale. Czego więcej chcieć od górskiego maratonu? Wypada tylko jeździć co się tylko obecnie da i czekać na kolej na wyzwanie, które odbędzie się całkiem niedaleko od Wadowic. Tam będzie już więcej kamieni i oby pogoda była taka sama.

Zdjęcia: Piotr Wróbel DareToBe Maraton MTB

Komentowanie jest wyłączone.