MtbCrossMaraton Chęciny. Relacja

Chęciny, to jeden z klasyków w serii MTBCrossMaraton. Impreza w tej miejscowości jest stałym punktem w corocznym kalendarzu, ale w tym roku tworzyła się w lekkich bólach. Pierwotna data zawodów została przeniesiona i wiele wskazuje na to, że trasa również uległa lekkiej modyfikacji względem wcześniejszych założeń.

Pogoda wytrzyma

Ostatnio w pogodzie dzieje się dużo i dynamicznie. Na pewno nie jest to lato z gatunku globalnego ocieplenia, ale dla wielu z nas stanowi prawdziwą ulgę. Nie każdy lubi uprawiać sporty wysiłkowe w temperaturach przekraczających 30 stopni, mam nadzieję, że większość woli właśnie obecny poziom słupków rtęci. Temperatura temperaturą, ale opady to już inna bajka. Wyjeżdżając z Krakowa prognoza pogody była w miarę optymistyczna. Deszcz zapowiadano dopiero od 17. Do tej godziny to już planowałem jednak objechać trasę, umyć się, zjeść i myśleć o powrocie do domu. Niestety, na miejscu rzeczywistość zweryfikowała wcześniej wspomniany optymizm. Zaraz po starcie zaczęło padać, dodając nieco trudności trasie, która „na papierze” wyglądała na szybką i dynamiczną.

Trasa

Choć tym razem trasa nieco zmieniona, na pewno dostarczyła wielu wrażeń na każdym z dystansów. Dystans Fan miał do pokonania odcinek o długości 45km i 738m przewyższenia. Zawodnicy podejmujący najdłuższy dystans, też nie powinni narzekać na wyjątkowo trudny profil, bowiem miał on 1082m w pionie na 62km. W dużym skrócie, są to statystyki, do których MtbCrossMaraton nas przyzwyczaił, ale tylko w okresie letnim. Po wakacjach wrócimy do grubszych zadań.

Pierwsza część trasy była naprawdę fajna. Szybkie podjazdy i świetne zjazdy, na których śliskie korzenie i kamienie tylko urozmaicały przebieg trasy. Momentami było dość wąsko, więc na wyprzedzanie czasami trzeba było cierpliwie zaczekać. Po raz kolejny potwierdził się oczywisty fakt. Warto mocniej przycisnąć w pierwszej fazie wyścigu, żeby wywalczyć odpowiednią pozycję i oszczędzić sobie strat czasowych.

Punkt X

Koniecznie należy wspomnieć o jednym odcinku, który zapewne przez większość zawodników zostanie zapamiętany niczym sianokosy z Piekoszowa. Mniej więcej w połowie trasy, do przejechania (a w zasadzie do przepłynięcia) po błocie, był odcinek o długości ok. 1km. Był to typ błota, którego nikt z nas nie lubi. Typ, który przykleja się wszędzie i jedzie na rowerze aż do mety. W takiej sytuacji im niższy bieżnik tym lepiej. Zawodnicy, którzy postawili na mocno terenowe opony, po przejechaniu tego odcinka zyskali kilka cennych kilogramów na rowerze.

Innym ciekawym urozmaiceniem, był przejazd przez strumyk. Przy odrobinie „szczęścia” można było zanurzyć buty, a nawet tarcze hamulcowe. Była to też dobra okazja do zrzucenia choć odrobiny balastu z oklejonego błotem roweru.

Końcówka trasy była już dość płaska, aż do ostatniego podjazdu tuż przed metą. Był on w zasadzie największy na całej trasie. Kto zachował siły, mógł zyskać kilka cennych sekund. Jeśli ktoś jechał jeszcze w większej grupie, tam mógł rozstrzygnąć rywalizację na swoją korzyść.

Prawie najlepszy

Na dystansie Fan najlepszy z naszego teamu okazał się Andrzej Kruszec, meldując się drugi na mecie. Przegrał z Olkiem Dziurzyńskim, ale przegrać z nim, to jak wygrać drugie miejsce. Ten chłopak jedzie w swojej własnej lidze i mam nadzieję, że więcej nie będzie nam psuł zabawy, na dość wymownie brzmiącym dystansie FAN.

Najdłuższy dystans padł łupem Piotrka Sajdaka, specjalisty od długiego dystansu. Najkrótsze Family, okazało się niecałą godziną zabawy dla Antoniego Mrowińskiego. Resztę wyników znajdziecie w linku poniżej.

Zakończenie zmagań wynagrodziła nam pogoda, tym razem już bez deszczu i w pełnym słońcu. Najbliższe zawody dopiero pod koniec miesiąca w Starachowicach.

Wyniki: https://www.mtbcross.pl/wynikiZawodow

Komentowanie jest wyłączone.