MtbCrossMaraton Piekoszów. Relacja

Kto nie był w tym roku w Piekoszowie pewnie się zastanawia, co tym razem nieprzewidywanego się wydarzyło na trasie? We wstępie mogę powiedzieć, że świętokrzyska miejscowość znowu nie zawiodła. Kolejny odcinek serialu, ma już gotowy scenariusz.

Ideolo

Czy można sobie wyobrazić lepszą pogodę do ścigania niż ta z ubiegłej niedzieli? Oczywiście można, ponieważ dla mnie 15 stopni już wystarczy. Ale dla większości, pogoda była wręcz wymarzona, zwłaszcza że pomijając odcinki dojazdowe, cała trasa w Piekoszowie rozgrywa się w lesie. Dla organizatorów ten dzień również był wyjątkowy, ponieważ świętowali dokładne dwudziestolecie swojej przygody z świętokrzyskimi terenami. To właśnie w Piekoszowie odbyły się pierwsze zawody, które cieszą nas po dziś dzień. Pomimo początku wakacji frekwencja nie zawiodła i po raz kolejny na starcie ustawił się solidny peleton, który zaraz miał ruszyć w stronę okolicznych lasów.

Sianokosy

Przed startem organizatorzy ostrzegali, żeby w drodze powrotnej zwracać uwagę na znaki, ponieważ wiatr przekręcał strzałki jak złośliwy lokals. Osobiście, początek trasy w Piekoszowie znam już na pamięć. Wiem też, że przed startem nie ma sensu się mocno rozgrzewać, ponieważ zanim las, to zdążymy solidnie rozkręcić nogi. Start, to sporo szutrowych odcinków, które na każdym zakręcie potrafią lekko porwać peleton.

W końcu dojechaliśmy do głównej atrakcji maratonu w Piekoszowie i myślicie sobie, że teraz będzie o lesie. Nie. Najważniejszym wydarzeniem w tym roku były sianokosy na dojazdowych łąkach. Tak jak teraz o tym piszę i przypominam sobie reakcje wszystkich ludzi i wszędzie latającą trawę, to wydaje mi się to nawet dość śmieszne. Jadąc, również obserwowałem głównie co się dzieje przede mną i podziwiałem, jak siano zakleja kolejną kasetę. Dobry humor straciłem dopiero jak nie byłem w stanie przekręcić korby i popatrzyłem na przerzutkę, wtedy już wiedziałem…”to się samo NIE wyteguje”.

Początek lasu poświęciłem na postój i próbę uruchomienia przerzutki. Jeszcze nigdy w historii moich jazd nie miałem tak dużo trawy, wszędzie. Wyrwanie jej z kółeczek graniczyło z niemożliwym, a jeszcze jakimś cudem łańcuch zleciał mi poza kasetę, czego zazwyczaj nie robi. Piekoszów, pomyślałem.

Start od nowa

Całą rozgrzewka poszła w gwizdek, ponieważ na postój poświęciłem minimum 10 minut, tracąc wszystkie pozycje. Zacząłem jazdę od totalnego końca, ale jakoś nie podcięło mi to skrzydeł, tylko ruszyłem pełną parą. Po drodze minąłem jeszcze parę osób walczących z trawami. Inni kontynuowali jazdę a łańcuch ślizgał się na kolejnych trybach kasety. Inni zrobili postój jeszcze zanim ja to zrobiłem. Chyba każdy trochę oberwał tymi trawami.

Na początku trasy było gdzie wyprzedzać. Teren pagórkowaty ułatwiał też zadanie. Oczywiście im więcej osób wyprzedziłem, tym poziom rósł. Niektórzy nawet zaciekle walczyli o utrzymanie pozycji na podjeździe, pomimo tego, że do mety było jeszcze z 30 kilometrów.

Dobry ten las

Z każdym kilometrem sprawdzałem tylko ile pionu już za nami. Wiedziałem, że gównie na podjazdach mogę zyskać i tak faktycznie się działo. Trzeba przyznać, że teren w Piekoszowie jest bardzo MTB. Pewnie mógłby być mniej dziki, bardziej ogarnięty z tych wszystkich luźnych patyków, miejscami z wyraźną linią przejazdu. Ale jest jaki jest i nawet mi się to podoba. W niektórych miejscach koleiny były tak wysokie, że jakby ktoś tam wpadł, to nie wiem czy by z nich wyszedł. To pewnie pozostałości po leśnikach, którzy w ubiegłym roku po zawodach, postanowili sprawdzić czy teren faktycznie dostał odpowiednią dawkę wody.

Ogólnie na odcinkach leśnych dużo się dzieje. Dzieje się na tyle, że nawet nie ma kiedy sięgnąć po bidon, o którym sobie przypomniałem dopiero po pierwszym bufecie. Teren jest bardzo urozmaicony i ciekawy. Pomyślałem nawet, że fajnie byłoby z tego Piekoszowa zrobić zawody w stylu Miedzianej Góry, czyli 1, 2 lub 3 rundy. Bez tych niepotrzebnych płaskich dojazdów. Myślałem też nad idealnym przejazdem po łąkach, nad wyższością Srama nad Shimano i o tym, że przecież ta sama łąka, jest jeszcze do przejechania w drodze powrotnej.

Piekoszów jest jak pudełko czekoladek

…nigdy nie wiesz co się trafi. Jadąc do Piekoszowa zdawałem sobie sprawę, że tam zawsze dzieje się coś niecodziennego. Mam już w swoim CV kilka maratonów, na które przyjeżdżałem, robiłem trasę i do domu. Tutaj jest inaczej. Jest ten pierwiastek zaskoczenia, zupełnie jakby ktoś to reżyserował, żebyśmy zapamiętali każdą edycję, każdą!

Trzeba przyznać, że w tym roku ujechałem się totalnie. Wszystkie podjazdy robiłem w trybie sprintu. Ciśnienia już dostałem takiego, że głowa przestała mnie boleć dopiero na wieczór. Nie spodziewałem się dojechać tak wysoko, bo 5 Open (w kategorii zresztą też), to nawet niezły wynik. Była nawet realna szansa na miejsce 3, ale na ostatniej prostej, nie byłem w stanie już utrzymać koła dwóm zawodnikom przede mną, a jeszcze kilka kilometrów wcześniej, byłem w stanie dogonić ich na słynnych już łąkach.

Poza pamiątkowymi koszulkami każdy z nas zabrał do domu trawy z piekoszowskich łąk. Pomysłów na wykorzystanie było wiele, nawet w formie świątecznego sianka pod obrus, a te z kółeczek przerzutki, to już gotowe wianki na początek lata. Pomyśleć tylko, że za rok znowu coś się wydarzy…

Zdjęcia: Patryk Ptak, MtbCrossMaraton

Wyniki: https://www.mtbcross.pl/wynikiZawodow

Komentowanie jest wyłączone.