DareToBe Maraton Mtb Szczawnica. Relacja

Przed startem w Szczawnicy dużo studiowałem trasę. Okolice sprawdzałem już dużo wcześniej w kontekście jednodniowego ambitnego wypadu. Czymś co najbardziej przykuwało moją uwagę z profilów tras, było nachylenie podjazdów. Wszędzie bordowo od stromizny, ale kumpel uspakajał: przecież nie będzie mocniej niż w Stryszawie. Źle się to zestarzało.

Rozgrzewka

Prognozy na niedzielny poranek były jednoznaczne i nietypowo nawet się sprawdziły. Trochę pokropiło, w Szczawnicy to może nawet coś więcej popadało i ze wszystkich zabranych ze sobą ciuchów, postawiłem na krótki strój wsparty lekką kamizelką. Kamizelka była kluczowa, ponieważ 20 minut opóźnienia wyścigu, mogło ostudzić wszystkich niemogących się doczekać startu zawodników z pierwszej linii.

W końcu jednak ruszyliśmy na trasę, gonić wcześniej wystartowaną grupę e-bajkowców, a już pierwszy fragment podjazdu nie zostawiał wątpliwości, że ten bordowy kolor z profilów trasy, to nie był błąd grafika. Na takim starcie jedno jest pewne. Nikt się z nikim nie pokłuci o miejsce w szeregu. Tutaj od startu walka idzie o utrzymanie jak najlepszego tempa, z zachowaniem rozsądku w kontekście kolejnego, najdłuższego podjazdu i kolejnych też.

Byle do nawrotu

Drugi podjazd był naprawdę długi, ale już nie tak stromy jak pierwszy startujący zawody. Rzadko ktoś mnie wyprzedza na podjazdach, ale na tego typu podjeździe, jest to niemal pewne. Tym razem tylko jeden zawodnik miał lepsze tempo, ale dzięki niemu miałem jakiś punkt odniesienia i sam zacząłem szybciej kręcić. W rezultacie niemal udało się dogonić kolegę z teamu Michała, który akurat w formie jest. Dla mnie to oznaczało jedno – utrzymuję niezłe tempo.

Od szczytu podjazdu zaczął się bardziej urozmaicony teren. Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę o tym, że kałuże były, ale jakby ich nie było to rywalizacja wyglądałaby dokładnie tak samo. Ogólnie duża susza i warunki do jazdy idealne. Na przełęczy trochę wiało i temperatura spadła do 9 stopni. Kamizelka nie była złym wyborem, a jeszcze chwilę wcześniej myślałem, żeby się jej jednak pozbyć.

W głowie odliczałem moment do nawrotu trasy w stronę powrotu do Szczawnicy. Wiedziałem, że ten fragment trasy będzie widokowy, a przedsmak już było widać wcześniej, gdy mijaliśmy kapitalną panoramę Tatr. Z każdym kilometrem pogoda też wyostrzała dobre widoki, a te najlepsze wciąż przed nami.

Widokówka

Zanim widoki, to jeszcze trochę po polach, które też widokowo były kapitalne. Niestety nieco gorsze do podjeżdżania. Na ostatniej ze stromych łąk musiałem już podprowadzać, a nawierzchnia była gładka, odpowiednio twarda, jednak nachylenie było już tak duże, że chyba dochodziło nawet do 30% – szkoda kolan.

Druga część trasy faktycznie widokowo nie zawiodła. Zazwyczaj jestem fanem oglądania jak toczy się moje przednie koło i naprawdę rzadko rozglądam się dookoła. Tym razem trudno było tego nie zrobić i chętnie wybiorę się jeszcze w te okolice z rowerem, ale ze startem na wyciągu. W tej części trasy nawet podjazdy miały akceptowalny procent nachylenia, a jedyne czego mogło brakować, to węższych, bardziej rowerowych ścieżek.

Statystyki na mecie zgadzały się z zapowiedziami organizatora. 46km 1900 pionu dla średniego dystansu. 1100 metrów pionu z całej tej sumy pokonaliśmy na pierwszych 11 kilometrach. To chyba doskonale pokazuje skalę rozgrzewki.

Czego w Szczawnicy zabrakło? Dobrej końcówki! Jeśli dobrze kojarzę, to finał trasy miał wyglądać zupełnie inaczej. Skończyło się na trawersowaniu stoku narciarskiego między ledwo widocznymi linami. Konkurs na najgorszy zjazd sezonu rozstrzygnięty. Ten element trasy musi być na przyszłość zmodyfikowany, ponieważ taki finał potrafi zepsuć najlepsze wspomnienia z całej trasy. Szczawnica ma potencjał i mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy z DareToBe, na jeszcze bardziej epicką trasę.

Wyniki: https://maratonmtb.pl/szczawnica/szczawnica-wyniki/

Komentowanie jest wyłączone.