Śladami Giro d’Italia

Pierwsza wycieczka we Włoskie Dolomity w 2019 roku mnie ominęła. Dlatego mając świadomość co się szykuje w te wakacje, od razu zgłosiłem swój akces do wyjazdu organizowanego przez naszych starych znajomych z Bike-RS w Krakowie.

Magia Giro

Podobnie jak podczas eksploracji Francuskich Alp goszczących w Le Tour i tym razem na celownik zostały wzięte najsłynniejsze przełęcze we Włoskich Dolomitach. Wszystkie z nich były świadkiem zmagań podczas Giro d’Italia, jednego z wielkiej trójki największych wyścigów na globie. Nie ma chyba piękniejszej rozrywki dla amatora kolarstwa w wydaniu szosowym niż włóczęga śladami najlepszych na świecie w tej dyscyplinie. Kiedy widzi się przełęcze w trakcie wyścigu, na które samemu się wspinało, to można poczuć niesamowitą magię i więź ze swoim hobby, a przynajmniej jak Tony Halik powiedzieć: „Tu byłem”

Lokalizacja

Podróż w Dolomity świetnie sprawdza się w opcji samochodowej. Ok 1000 km do przejechania spokojnie wpisze się w jeden dzień podróży. Zatem po śniadaniu następnego dnia można od razu wskoczyć w obcisłe ciuchy i kręcić.  Nasz hotel w miejscowości Rocca Pietore, położony niedaleko od nieco większego Canazei. Jest to typowa miejscówka również dla amatorów białego szaleństwa w sezonie zimowym. Jednak napis przy wejściu „Welcome Bikers”, od razu mówi nam o tym, że Włochy to kulturowa kolebka kolarstwa.

Tu nie ma jazdy po płaskim.

Gdziekolwiek się człowiek nie obejrzy, to albo jest w górę albo jest w dół. Nawet nasza miejscówka jest położona u podnóża podjazdu pod sławną Passo di Fedaia lub bardziej popularnie zwaną „Marmolada”. Słynna przełęcz była ostatnim górskim finałem podjazdów w tegorocznej edycji Giro d’Italia. W trakcie dnia odpoczynku, żeby tylko lekko rozruszać łydę, znaleźliśmy jeden w miarę płaski odcinek o długości 26 km, na którym i tak wpadło 420 metrów pionu. Nie ma to jak aktywnie odpoczywać. Podjazdy w Dolomitach nie są tak długie jak w Alpach, ale potrafią dać o sobie znać swoją stromizną. Na zjazdach trzeba wykazać się techniką efektywnie wchodząc w ciasne agrafki. 

Przyroda

Dolomity są piękne. W tych trzech słowach można zawrzeć kwintesencję tego co miałem okazję zobaczyć. Mam to do siebie, że kwestia sportowa jest dla mnie drugorzędna i często przystaję, podziwiam i kontemplując przyrodę robię fotki. Wyjazdy z Bike-RS to nie wyścig, ni rywalizacja, więc każdy chłonął ile się da. Trudno się sprzeczać które góry są ładniejsze. Z pewnością Dolomity są inne niż wysokie Alpy z poprzednich dwóch edycji wycieczek. 

Przede wszystkim Dolomity nie są tak wysokie jak Alpy. Entuzjastom wysokości może brakować momentu, kiedy kończy się poszycie leśne i wjeżdżamy już tylko w skały. Te braki jednak rekompensuje nam wszechobecna zieleń przeplatana pięknymi i strzelistymi łańcuchami górskimi. Przełęcze są niesamowicie widokowe. Passo Sella jest przepiękna z potężną bazą dla turystów pieszych, ale Passo Pordoi, czy Falzarego niczym im nie ustępuje. Na wyżej położonych przełęczach można podziwiać piękne zielone hale, jak na przełęczy Passo Giau. My mieliśmy okazję wjechać nawet jeszcze wyżej. 

Podczas naszego etapu „Królewskiego”, liczącego 120 km trasy i ponad 4000 m. przewyższeń, była okazja wspiąć się pod Tre Cime di Lavaredo (Trzy szczyty Lavaredo), mające nazwę od kształtu tego masywu górskiego. Droga prowadząca do schroniska w prawie już tylko skalnym krajobrazie przypominającym Alpy, była nie lada wyzwaniem dla głowy i nogi. Ostatnie 4 km do szczytu, to średnio 15-17% nachylenia.  Nie było zatem kwestią jak szybko tam wjechać, ale żeby w ogóle wjechać. Na szczycie był niesamowity wylew endorfin i satysfakcja a w miasteczku poniżej czekała na nas pizza, gdyż do domu było kolejne 60 km i to nie po płaskim. Tym razem im więcej kalorii tym lepiej.

Marmolada

Szczyt przełęczy Passo di Fedaia (2053m) czyli Marmolady, znajduje się dokładnie 10 km od naszego hotelu. Można by powiedzieć, że jeśli komuś mało wrażeń to zawsze może pojechać się dobić na Marmoladę. To nic bardziej mylnego, bo to prawdziwe wyzwanie jadąc od strony miasteczka Caprile. Dobrze pamiętam ten podjazd w trakcie relacji telewizyjnej, gdy komentator mówił o katuszach, które czekają na uczestników wyścigu oraz o pozornie prosto poprowadzonym odcinku drogi, który wydaje się być względnie płaski, ale cały czas pnie się w górę 10-12%.

Trochę jak fata morgana, cel wydaje się być blisko, ale jest zupełnie inaczej. Dopiero po dojechaniu do agrafek można złapać trochę oddechu, ale ciągle jest w górę a licznik momentami pokazuje 16%. No, prawdziwa gratka dla miłośników stromej jazdy. Na przełęczy można zjeść niezłą pizzę popijając chmielowym napojem Bogów. Można też podziwiać cały masyw potężnego lodowca Marmolady, który niestety ostatnio zebrał niechlubne żniwo wśród wysokogórskich pieszych turystów.

Łupy

Nie chcąc opisywać każdej przełęczy z osobna oraz przygód z nią związanych, co na pewno wydłużyłoby poniższy tekst o kolejne 5000 znaków, ale też i zakrawałoby z pewnością na lekkie samouwielbienie, to po prostu wypiszę je tutaj a wam pozostawiam studiowanie tego co może w przyszłości paść lub już padło waszym łupem i łza wam się w oku znowu zakręci:  Passo di Falzarego, Passo di Fedaia, Passo di Campolongo, Passo Valparola, Passo Gardena, Passo di Pordoi, Passo Sella, Passo Giau, Passo San Pellegrino, Passo Tre Croci, Tre Cime di Lavaredo.

Może by coś wrzucić na ruszt?

Walory przyrody mają duże znaczenie przy ocenie atrakcyjności Dolomitów. Nieocenionym atutem jest niewątpliwie szeroki dostęp do ogromnej bazy barów, kafejek, miejsc do odpoczynku, gdzie można się zatrzymać i uzupełnić zapasy.  Z punktu widzenia całodziennej a często kilkugodzinnej trasy z liczbą przewyższeń między 2-3 tysiące pionu dziennie, taki obraz rysuje sporo spokoju w głowie uczestnika. Brak takich miejsc mocno komplikuje trasę, gdyż bez paliwa i picia nie ma jazdy.  Batony i żele zabierane w trasę, ostatecznie są w stanie zaspokoić energię na dany dzień, ale nie jesteśmy na wyścigu. Nic tak dobrze nie robi jak porcja pasty czy pizzy w trakcie wycieczki a po dobrym espresso aż chce się jechać dalej.

Podczas wypadów w Alpy niekiedy był z tym problem. Czasem trzeba było zbaczać z trasy i wręcz szukać miejsca, gdzie można coś zjeść co budziło lekką frustrację. Hiszpania z kolei jest nieprzewidywalna. Czasem przydrożne bary są otwarte. Czasem sjesta nigdy się nie kończy a czasem po prostu wszystko jest zamknięte na cztery spusty bez wyraźnej przyczyny.  W Dolomitach dostęp do posiłków w trakcie jazdy jest nieograniczony. Dlatego moja ocena tego regionu jest bardzo wysoka z punktu widzenia turysty na dwóch kółkach. Tak czy inaczej każdy region ma swój klimat i specyficzność, ale tutaj pod tym względem jest po prostu idealnie.

MTB

Choć to wyprawa szosowa, to jednak korzenie mam z MTB. Nie można było nie zauważyć, że dla entuzjastów jazdy górskiej okolica, w której byliśmy jest równie atrakcyjna jak dla kolarzy szosowych.   Wszędzie są wypożyczalnie sprzętu, a każda większa przełącz ma swoją ścieżkę MTB. To wspaniała alternatywa, bo każdy znajdzie coś dla siebie. Sporo dziś widać „elektryków”, ale prawdziwych twardzieli MTB było bez liku. Dodatkową atrakcją są również liczne ścieżki typowo grawelowe. W trakcie podróży samochodem na odcinku ok 30 km rzuciła mi się w oko droga grawelowa od Toblach do Cortina d’Ampezzo. Malowniczo poprowadzona tak, że była cały czas widoczna z drogi dla samochodów, ale schowana w lesie i widać było, że rowerki tylko śmigają po nienagannie wysypanym drobnym kamyczku. Jednym słowem, raj dla rowerzystów.

Gdzie jedziemy?

Plany są, ale życie je jak zwykle zweryfikuje. Mam nadzieję, że środki i czas pozwolą na kolejne eksploracje pięknych zakątków, gdzie można dotrzeć również rowerem i dostać strzał darmowych, ale w pełni zasłużonych endorfin. To do zobaczenia.

Komentowanie jest wyłączone.