MtbCrossMaraton Bodzentyn. Relacja

W Bodzentynie jak zwykle. Było tak szybko, że nawet ciężko zebrać myśli co by tu rzetelnego napisać. Tempo jak na Pucharze Świata i co ciekawe i godne odnotowania, tym razem to młodzi je nakręcali. My, faceci w sile wieku, potrzebujemy nowych i wciąż mocniejszych wyzwań, więc oby tak było częściej.

Mocne przebudzenie

Miała to być spokojna, powakacyjna niedziela, ale tego dnia obudziła mnie burza. Dobrze, że na wakacjach nad spałem, więc baterie wciąż naładowane. Za oknem już słychać tę nie rowerową pogodę. Oczywiście alternatywny wyścig na ten dzień miałem przygotowany, ale to szosa, a do MTB nic startu nie ma. Powrót po wakacjach i długiej przerwie od roweru wyszedł tak na czwórkę, chociaż ambicje tego dnia były dużo wyższe. Melduje się w Bodzentynie pod ruinami zamku, tym razem bez spóźnienia, wszystko na czas. Szybki sprawdzenie nogi i punkt 11 ruszamy. Dystans Fun to 42 km i blisko 900 up. Nie ma dziś tłumów – prawie 90 osób. W sam raz na mocny powrót po wakacjach.

Akt 1

Początek ścigania w Bodzentynie jak zwykle, trochę nerwowy i kręty. Wyjeżdżamy z centrum długą, lekko wznosząca się asfaltową prostą. Z każdym kilometrem dochodzą kolejne terenowe odcinki. Najpierw trochę po łąkach, trawach i po 4 km w końcu wjeżdżamy do lasu. Od razu zaczyna się pierwszy ważny podjazd, po którym peleton się mocno dzieli. Dwie osoby ruszają do przodu i ja z kilkoma innymi tworzymy grupę pościgową. W terenie mokro – musiało tu ostatnio mocno padać. Po dobrym i szybkim pokonaniu podjazdu, zaczyna się to co charakteryzuje świętokrzyską ligę – mnóstwo zakrętów.

Trzeba było się mocno skupić, żeby nie przegapić zjazdu. Trakcja w lesie kiepska, za co obwiniam też nie najświeższe opony i przesadzoną ilość powietrza. Taki duet powoduje, że niejednokrotnie ratuję się przed upadkiem. Po kolejnych kontrolowanych uślizgach tracę czołowe miejsce i kolejna osoba odjeżdża, ale jak zwykle, warunki każdy miał takie same. W naszej czołowej grupce, chyba każdy poznał smak bodzentyńskiej ziemi…i to dosłownie. Wysokie tempo, nerwy, drzewa, zakręty i chęć bycia na czele. Zawsze wydaje mi się, że drugi raz pojechałbym daną trasę dużo lepiej.

Druga połowa

W połowie dystansu mamy kolejny podjazd i chyba jedyny trudniejszy, dłuższy zjazd tego dnia. Odrobina techniki wystarczyła do szybkiego pokonania, tym razem bez podpórki. Wreszcie zbliżamy się do słynnej prostej, o której tyle było straszenia w zapowiedziach. Jak dla mnie, było ok. Osobiście lubię takie odcinki, więc cisnę na maxa, mocno i twardo, dzięki czemu doganiamy kolejnego zawodnika. Gdyby grupa chciała pracować, to bez problemu doszlibyśmy też kolejnych. Ta prosta, to duży plus, sporo tu nadrobiłem. Został nam ostatni podjazd, który jest również łącznikiem z krótszym dystansem.

Na metę wjeżdżamy nową trasą z drugiej strony zamku z fajnym finałem po bruku. Meta na podjeździe – nie mogło być lepiej. W nogach już czuje to zabójcze tempo całego wyścigu. Nie potrafię się przełamać i odpuszczam atak na ostatniej ściance. Wjeżdżam 4 open. Młodzież wygrywa, ale w zasłużonej kategorii M4 jestem najlepszy. Gdyby nie ostatnie deszcze, to trasa byłaby jeszcze szybsza, ale też łatwiejsza. Niedzielna konfiguracja dobrze definiowała MTB – podobało mi się!

Zdjęcia: MtbCrossMaraton

Komentowanie jest wyłączone.