To był zdecydowanie szalony weekend z Pucharem Świata MTB. Nawa miejscówka w Szwajcarii nie była obojętna dla nikogo. Dla jednych stanowiła wyzwanie ze wskazaniem na teorię o lekkiej przesadzie. Inni cenili sobie trudną technicznie rundę, ale i tak wszystko miały zweryfikować zawody oraz pogoda, która też dodała coś od siebie.

Czy to już przesada?
Czy trasa w Crans-Montana, to dobry kierunek w jakim idzie zawodowe XC? Oczywiście ogląda się to świetnie. Ludzie lubią patrzeć na trudne trasy, na których nawet najlepsi technicznie zawodnicy nie są w stanie przejechać siedmiu okrążeń bez ani jednego problemu. Taka trasa dodaje też szczyptę nieprzewidywalności, ponieważ nawet solidnie zbudowana przewaga, może szybko zmienić się w stratę. Osobiście jak widziałem filmy z objazdu trasy, a były to przejazdy w dobrych warunkach, to pomimo wypłaszczenia kamery…nie zjechałbym wielu odcinków. Zjazdy w stylu: blokujemy tylne koło i może się uda, zawsze źle wpływają na głowę nie aż tak szalonej osoby.
Ostatecznie po treningach w wielu miejscach trasy pojawiły się drewniane kładki, niwelujące trudne dropy. Trasa jednak stała się jeszcze trudniejsza za sprawą pogody. Jeśli na danej rundzie przewraca się nie raz Schurter, Pidcock i wielu im podobnych graczy, to znaczy że jest ostro. Dla jednego z zawodników teamu Pivot upadek na największym rockgardenie, skończył się połamaniami i z relacji samego zawodnika ostatnie co pamięta, to wjazd na daną sekcję.


Tak trudna trasa, to również możliwość pokazania swoich umiejętności dla zawodników, którzy posiadają ponadprzeciętne zdolności. Jednym z nich na pewno jest Mathias Fluckiger, tak mocno krytykowany za swoją formę w ostatnim czasie. Brakowało szalonej Jolandy Neff, która w Szwajcarii, w takich warunkach, mogła spokojnie powalczyć o top 3.
Kto może pokonać Pidcocka?
To, że Pidcock obecnie jeździ w osobnej lidze, chyba widzi każdy. Wystarczyło oglądnąć sobotnie XCC, żeby jeszcze mocniej zdać sobie z tego sprawę. Nie ma takiej pozycji w stawce, która sprawiałaby, że Pidcock nie powalczy o wygraną. W Szwajcarii Pidcock wygrał wszystko co się dało i zrobił to też w znakomitym stylu. Rodzi się pytanie, czy ktoś jest w stanie zagrozić Brytyjczykowi w takiej formie? Oczywiście obecnie trwa lekkie czarowanie, nikt nie chce zdradzić swoich największych atutów przed olimpiadą. No może poza Schurterem, który wygrał już w swoim życiu wszystko i do każdego wyścigu podchodzi czysto sportowo. Chce go wygrać i dać z siebie wszystko. Schurter też wydaje się być obecnie zawodnikiem, który mocno zastanawia się jak ugryźć Pidcocka. Victor Koretzky w formie z początku sezonu, stanowiłby tutaj też dużą konkurencję. Obecnie Francuz zmaga się z kontuzją, albo stara się doszlifować formę przed najważniejszymi zawodami w sezonie.
Tak naprawdę, to tylko ta dwójka moim zdaniem ma szanse na wygraną w XCO z Pidcockiem. Pozostali zawodnicy ze ścisłej czołówki też mają takie szanse, ale u nich wiele zależy od dyspozycji dnia, tego w jakim stopniu pasuje im trasa lub warunki na niej.
Król błota
Przez ostatnie tygodnie Fluckiger musiał się mierzyć ze sporą krytyką wokół swojej osoby. Wybrany obok Schurtera do męskiej kadry na olimpiadę, mówiąc delikatnie według opinii wielu, po prostu na to nie zasłużył. Los się jednak trochę uśmiechnął do Szwajcara, ponieważ jak powszechnie wiadomo, w trudnych błotnistych warunkach ciężko o lepszego kota. Mathias nawet darował sobie walkę w XCC. Linia startowa nie miała dla niego żadnego znaczenia, miał być w pełnym gazie na niedzielę. I faktycznie wszystko to zadziałało. Można powiedzieć, że gdyby nie Pidcock, to Fluckiger wygrałby wyraźnie te zawody. Sam zainteresowany też zdawał sobie z tego sprawę i jego radość na mecie niewiele się różniła od tej jaką prezentował po wygranej w Pucharze Świata. Król błota jest tylko jeden. Jeśli w Paryżu trafi się deszczowa aura, to Fluckiger automatycznie włącza się do walki o medal, inaczej może być ciężko.
Loana się doczekała
Z olimpijską formą Loany Lecomte wszystko wydaje się być dobrze. W końcu wygrała, wygrała zdecydowanie w swoim stylu, generując już na pierwszych kilometrach sporą różnicę. Widać, że taka forma trasy Francuzce bardzo odpowiadała, a na trudnych zjazdach włączał się jej tryb Jolandy Neff. Już runda rozbiegowa można powiedzieć, że pozamiatała rywalizację. Tempo starała się utrzymywać jak zwykle ambitnie jadąca Alessandra Keller oraz Puck Pieterse, ekspertka od błota, ale tego zimowego. Lecomte miała tego dnia jednak olbrzymią przewagę techniczną. Każdy zjazd generował sekundy przewagi, które rywalki starały się nadrabiać na łatwiejszych odcinkach. Siły na taką jazdę zawsze w rezultacie zabraknie. Tutaj było podobnie. Nie chcę umniejszać zwycięstwu Lecomte, ale też trzeba wspomnieć, że skład startowy w Elicie Kobiet daleki był od tego najmocniejszego. Wciąż największą rywalką w kontekście olimpiady, pozostaje jej koleżanka z kadry – Pauline Ferrand Prevot.
(Nie)miła niespodzianka
Na pewno miłą niespodziankę sprawiła nasza młoda nadzieja na lepsze czasy w polskim XC, czyli Natalia Grzegorzewska. Może ten sezon jeszcze nie będzie do końca spisany na straty, ponieważ na trudnej rundzie w Crans-Montana, nasza zawodniczka dojechała do mety na dwunastym miejscu. Strata do triumfującej Olivii Onesti niestety spora, a na trasie zabrakło kilku bardzo mocnych zawodniczek. Trzeba jednak zaznaczyć, że z zawodniczek 19to letnich, Natalia byłą gorsza tylko od jednej zawodniczki.
Niemiłą niespodziankę sprawiła za to Mona Mitterwallner. Osobiście obstawiałem, że trasa z tak sztywnymi podjazdami w końcu odblokuje młodą Austriaczkę. Niestety wszystko poszło w przeciwną stronę 28 miejsce na mecie, to na pewno nie szczyt możliwości Mony. Możliwe, że w tym sezonie nie zobaczymy w jej wykonani nic co byłoby godne odnotowania.