Jak wakacje to wakacje dla wszystkich. Z tego też powodu w takim okresie ciężko o znalezienie dobrych startów na MTB, pomimo tego, że niektórzy mają nawet więcej czasu niż zazwyczaj. Nie ma zatem co narzekać – bierzemy co jest!

Lekki prysznic
Busko Zdrój to nowość w kalendarzu MtbCrossMaraton. Z perspektywy Krakowa mamy tam niezły dojazd, więc nasza ekipa w małym składzie, ale decyduje się zaliczyć tę miejscówkę. Pogoda miała być zamówiona do godziny 13, więc idealnie, żeby szybko objechać średni dystans. Morale tego dnia wyjątkowo słabe, bo oczywiście pomimo wakacji pracować trzeba. Sytuacji w mojej głowie nie poprawił również dojazd do Buska. Widzimy mocno pochmurne niebo i coś z niego zaczyna na nas lecieć. Przed samym startem i w trakcie, to już zaczęło nawet regularnie padać, ale to tylko letni deszczyk. Czułem, że Piekoszów się tutaj raczej nie powtórzy, ale chciałem jak najszybciej wystartować. Jak człowiek jedzie na rowerze to wtedy wszystko wygląda znacznie lepiej.
Przed startem wgrywam tracka średniego dystansu. 45 km i 555 up – szału nie ma, a Garmin pokazuje jeszcze mniej przewyższeń. Na całej trasie są tylko dwa wzniesienie, na których wypadałoby zaatakować. Trasa bardziej dla zawodników „przy kości” czyli coś dla mnie. Szybka rozgrzewka w lesie, gdzie warunki okazują się być całkiem dobre i jedziemy.
Szybko i jeszcze szybciej
Punktualnie o 11 starują połączone dwa dystanse Fan i Master. Po krótkim rozprowadzeniu peletonu, błyskawicznie znaleźliśmy się w lesie. Na starcie jak często na tego typu trasach lekka nerwówka i długo nie musiałem czekać, żeby usłyszeć za moimi plecami pierwszą glebę. Dobrze było przycisnąć już od startu, żeby bezpiecznie jechać z przodu. W lesie od razu rozpoczął się atak. Grupa prowadząca od startu to 6-10 osób z której dwóch zawodników postanowiło już na dzień dobry sprawdzić formę reszty. Spawamy i jedziemy razem. Trasa na początku niczym technicznym nie zaskakuje. Łatwa, mocna, kręta, miejscami trzeba uważać na błotne kałuże, ale najważniejsze to mocno cisnąć w korby. Najwięcej trudności przez pierwsze 20 km sprawiał nam piach. Przy takim tempie, piaskowanie twarzy było normą i każdy swoją porcję pyłu musiał tego dnia zjeść.





Po mocnym rozprowadzeniu pojawiają się lekkie, płaskie odcinki szosowe, ale wciąż w lesie. Całe szczęście przestało padać, ale szosa wciąż mokra i każdy asekuracyjnie wchodzi w zakręt. Szkoda byłoby w tak prosty sposób stracić kontakt z grupą, a pogoń kosztowałaby dużo sił. Po drodze mijamy też się sporo traw, takich niebezpiecznych i nieprzewidywalnych. Można tam buta zostawić, ponieważ miejscami było gęsto. Dojeżdżamy do odcinków przełajowo-armagedonowych. Przed nami wielki dół. Nawet nie wiem jak to nazwać, ale jedyna słuszna opcja na pokonanie tego miejsca, to pakujemy rower na plecy i przebiegamy przez to bagno, gdzie miejscami woda niebezpiecznie dochodzi zbliża się do pasa.
Armagedon
Nogi ochłodzone, buty zapakowane mułem, to jedziemy dalej. Im bliżej końca zawodów tym więcej wzniesień i miejsc decydujących o rezultacie zawodów. Pierwszy podjazd chłopaki z Mastera pokonali na pełnej. Miała to być duża góra, a wyszło małe, szybkie wzniesienie. W sumie nawet dobrze, ponieważ wcześniejsze kilometry w szalonym tempie dawały już o sobie znać. Zjazd, podjazd, prosta, wszędzie ciśniemy na maxa i noga nie ma kiedy odpocząć. Tętno ciągle wysokie.




Końcowe 10 kilometrów, to najciekawsze miejsca tych zawodów. Trasa wpada na wykopaliska, gdzie w końcu przyda się trochę więcej techniki niż siły. Plan jest taki, żeby jechać z czołówką do rozjazdu, czyli praktycznie do końca. Zostało nas niewielu – tylko 4 i ktoś jeszcze próbuje nas gonić. Po rozjeździe wiem, że będę sam i tak też się dzieje. Myślałem, że teraz już spokojnie, lasem popędzę sobie do mety jako pierwszy, ale słyszę, że ktoś jednak mnie dogania i jest bardzo blisko. Zaczyna się nerwówka. Nogi już bardzo zmęczone, ale między drzewami szybko cisnę do przodu, ile tylko natura dala. Już widać metę, ale widać też rywala za mną. Dokręcam mocno i wjeżdżam jako zawodnik numero uno! Cala zabawa była ekspresowa i trwała 1h47min. Niestety tego dnia muszę utrzymać wysokie tempo i po szybkim myciu i odpuszczeniu dekoracji pędzę do mojego Numero Uno.
Busko Zdrój okazało się szczęśliwą lokalizacją dla naszego teamu. Poza moim pierwszym miejscem na średnim dystansie, podobny wynik wykręciła Natalia na rodzinnym dystansie. Piotrek Prochownik ukończył zawody na 8 miejscu, również na dystansie Fan. Nasz etatowy zawodnik pełnego dystansu – Jacek, tym razem również wysoko – 9! Odliczamy dni do kolejnego startu i niestety co za tym idzie, do końca wakacji.