Ostatni dzień wakacji postanowiłem zakończyć z mocnym akcentem. Maraton w Gorcach ze startem w Ostrowsku dawał mi pewność, że nudy nie będzie. Nie miałem niestety pewności co do mojej formy, albo pewność kierowała mnie w stronę pesymizmu. Pogoda jak na ostatnie standardy była łaskawa, zero opadów i temperatura dochodząca do 25 stopni. Dla mnie odrobinę za ciepło, ale przynajmniej było czym oddychać.

Powrót po chudych latach
Trasa i tereny są mi dobrze znane i wiedziałem, że się nie zawiodę. Jeśli ktoś odczuwa frajdę z solidnych kamiennych zjazdów będzie tu wracał co jakiś czas żeby po prostu pojeździć. Jakieś 90% nawierzchni na trasie w Ostrowsku to teren, asfaltu było tyle co kot napłakał – w zasadzie tylko tam, gdzie nie było innej możliwości. Główne odczucia jakie mi tego dnia towarzyszyły to ponowna radość na terenowych zjazdach i katorga na podjazdach, a czasem w moim przypadku…podejściach. Na zjazdach było pełne skupienie ale i radość. Chyba każdy lubi takie długie przeloty z odpowiednią prędkością. Zjazd z Turbacza to już legenda i odcinek zapamiętany z poprzednich startów. Nie wszystkie zjazdy były jednak łatwe i szybkie.
Na trasie w Ostrowsku można było znaleźć też odcinki, na których nawet nie wszyscy z czołówki pokonali ten odcinek na rowerze. Z tym zawsze jest problem, ponieważ trasę maratonu jedziemy raz i nie każdy ma na tyle wyłączony strach, żeby to wszystko zjechać bez wcześniejszej praktyki. Na zjazdach trzeba było również obrać jak najlepszy tor i ominąć te największe głazy. Celowo nie używam zwrotu telewizory, bo te są w okolicy Kasiny Wielkiej i w nieodległych Kluszkowcach, które znamy z innych wyścigów.




Test sprzętu
Niestety moja największa obawa czyli dętka w tylnym kole się spełniła. Jeśli chcemy w Gorcach jeździć na granicy możliwości sprzętu i swoich to konieczne jest wywalenie dętek i zalanie opon mlekiem, bo bez tego skończymy ze snakiem i pompką w dłoni…Co do sprzętu, to na pewno był to mocny sprawdzian dla każdego roweru, choć tak jak już wspomniałem deszczu nie było a nawierzchnia była sucha w większości miejsc, więc napęd został oszczędzony. Dystanse Full oraz Half miały do zdobycia schronisko pod Turbaczem, był to najłatwiejszy technicznie, ale najbardziej dłużący się podjazd, zmęczenie też już dawało się we znaki. Dla mnie trasa petarda, cały czas mam dreszcze gdy myślę o tych gruzowiskach na zjazdach. Opuszczana sztyca jest tutaj bardzo pomocna, choć lepszy rower też byłby pomocny. Ze smutkiem muszę zauważyć, że coraz mniej aluminium w maratonowym peletonie. Świat nie stoi w miejscu.





Wszyscy pojedli, nikt nie zabłądził
Teraz przejdę do faktów. Oznaczenie trasy bardzo dobre, choć słyszałem o przypadku zagubieniu, ale może to już wynikało ze zmęczenia? Ja nie zauważyłem braków, a na metę nie przyjechałem wypoczęty. Bufety rozstawione w sensownych odległościach i miejscach, które nie wymagały niepotrzebnego hamowania. A zaopatrzenie – woda, izo, banan i pomarańcze czegoż chcieć więcej choć wiadomo, że każdy z nas i tak jest solidnie uzbrojony w swoją ulubioną dawkę chemii. Posiłek regeneracyjny na mecie w postaci makaronu z sosem i mięsem bardzo smaczny a porcja w zupełności wystarczająca, nawet jak dla mnie.





Walka w Gorcach odbywała się standardowo na 3 dystansach: Quarter 32km i 1300m up, Half 53 km i 2000m up oraz Full 71 i 2600m up. Najlepsze trójki:
Quarter:
1. Adrian Rzeszutko
2. Arkadiusz Skałka
3. Michał Gosztyła
1. Sara Motyga
2. Izabela Marek
3. Ewa Gębicka
Half:
1. Łukasz Helizanowicz
2. Paweł Galik
3. Marek Łuczkiewicz
1. Magdalena Golonka
2. Monika Skowyra
3. Ula Pokorska-Drzał
Full:
1. Albert Głowa
2. Grzegorz Witulski
3. Michał Korlatowicz
Pełne wyniki: https://maratonmtb.pl/ostrowsko-wyniki/