DareToBe Maraton Mtb Ostrowsko. Relacja

Ostrowsko wjechało w kalendarz DareToBe w zastępstwie Piwnicznej. Wiadomo, pętla w Piwnicznej to czysta legenda, ale gorczańskie klimaty też nam pasują, zwłaszcza że to właśnie w Ostrowsku mieliśmy możliwość wjazdu na ponad 1300 metrów n.p.m., a to są już grube statystyki.

Perfekcja

Przyznaję, że nie śledziłem pogody w okolicach Ostrowska. Sprawdzałem raz na początku tygodnia. Zapowiadało się ok, więc nie miałem też dylematów z podjęciem decyzji o starcie. Na miejscu przywitał nas chłód, który nie chciał odpuścić. Swoje dodał też start o godzinie 10. Jak nie miałem dylematu z zapisaniem się na zawody, to z doborem garderoby już tak. Na rozgrzewce dosłownie mnie telepało z zimna, a miałem na sobie bluzę. Prognozy pocieszały, że ma być nawet 17 stopni i straszyli nawet słońcem. Niewiele z tego się sprawdziło, ale mając w perspektywie najlepszy z możliwych startów, czyli pod górę, wybór musiał być jeden. Jadę na krótko, co z perspektywy całego wyścigu było najlepszym wyborem. Ogólnie zawsze wolę chłód od gorąca, więc dla mnie perfekcja.

Przed startem udało się zamienić kilka zdań z organizatorem. Potwierdzał, na trasie nie powinno się kurzyć, a że leśnicy tylko czekają na możliwość rozwalenia szlaków w mokrych warunkach, tak wykorzystali ją doskonale.

Kiedy koniec?

Pierwszy podjazd mocno mnie zaskoczył. Zaskoczył mnie gównie długością. Przypominał pierwszy podjazd ze Stryszawy, który wydaje się nie mieć końca. W Ostrowsku teren do jazdy jest zdecydowanie bardziej bike friendly. Licznik pionu wciąż zwiększał swą wartość, ale nie szło to tak szybko jak we wspomnianej Stryszawie. Potwierdzało się to z wykresem jaki sprawdzałem przed startem, że góry są wysokie, ale podjazd na nie, nie połamie nam kolan.

Start w formie podjazdu to jak zawsze najlepsza forma na maratonach MTB. Przypuszczam, że nikt się nie pokłócił o miejsce, zajeżdżanie drogi itp. Było gdzie wyprzedzać i każdy mógł pokazać w jakiej aktualnie jest formie. Na mnie największe wrażenie zrobili bardzo młodzi zawodnicy, zapewne startujący na najkrótszym dystansie. Wypruli do przodu niemal jak na wyścigu XC, ale widać, że wciąż doświadczenie i obwód łydki stoi po stronie tych starszych. Niestety na zjazdach są już lepsi.

Białe skarpetki i głębokie kałuże

Organizator nie ściemniał. Na trasie błota nie brakowało, zwłaszcza w pierwszej części ścigania. Tam, gdzie stromizna była już solidna, opony dawały o sobie znać. Jest już końcówka sezonu i w moim przypadku zawsze jadę na podmęczonych gumach. Tej tylnej zdecydowanie brakuje już większego klocka.

Jak zwykle na takich górskich maratonach, najtrudniejszym elementem jest wybór optymalnej ścieżki, zwłaszcza przy większych rozlewiskach. Takich miejsc w Ostrowsku nie brakowało. Jak ktoś jechał przed nami to spoko, można było nie popełniać jego błędów lub po prostu przejechać sprawdzoną przez kogoś linią. Jak się jechało na czele, to już było bardziej loteryjnie. W jednym miejscu mój wybór nie był najlepszy i musiałem ratować się podpórką. Niestety miejsce podporu nie było zbyt stabilne, a dno poczułem dopiero jak noga mi się zanurzyła powyżej kolana. Dobór białych skarpetek na taką trasę, nie był najlepszą decyzją w moim życiu, ale przynajmniej na starcie wyglądało dobrze.

To jest zjazd

Przyznaję, że pierwszy zjazd w sekcji, którą poprzedzała tablica „uwaga stromo”, nie poszedł linią wyznaczoną przez organizatora. Wszystko to wina któregoś z młodych zawodników, który poszedł na zjeździe tak szybko, że mieliśmy z kumplem coś do udowodnienia. W rezultacie teren był już tak stromy, że trzeba było znosić, a inni zawodnicy zaczęli wyjeżdżać z zupełnie innej strony.

Najważniejszy test, to jednak ostatni zjazd z Turbacza. Pomimo tego, że zjazd jest stosunkowo łatwy, to jednak przeszkód nie brakowało. Trudno było się też spodziewać innego scenariusza. Ludzie zawsze tłumnie zdobywają Turbacz, w ubiegłą sobotę inaczej nie było. Dla nas ostatni zjazd, to już jazda bez trzymanki. Każdy chce utrzymać pozycję lub też ją poprawić. Tutaj błota też nie brakowało i często najlepsze linie były zajęte przez pieszych. Nam pozostawał środek wypełniony na szczęście tylko powierzchownym błotem. Ostatni zjazd kosztował mnie tylko dwie pozycje w GC…coś te zjazdy ostatnio nie wychodzą mi najlepiej.

Ostrowsko chyba nikogo nie rozczarowało. Solidna dawka pionu i dobry sprawdzian dla mięśni. Co ciekawe, dużo bardziej zmęczyła mnie Miedziana Góra, rozgrywana tydzień przed Ostrowskiem. Maratonowy klasyk złożony z trzech podjazdów i zjazdów, wymaga zupełnie innego przygotowania. Dla mnie chyba bez różnicy, ponieważ i tak zawsze dojadę na metę na piątym miejscu. Z całej naszej hardej czwórki startującej w Ostrowsku, wszyscy zmieścili się w TOP10 Open. Forma jest.

Wyniki: https://maratonmtb.pl/ostrowsko-wyniki

Komentowanie jest wyłączone.