W tym roku Kielce powiedziały sprawdzam. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak walczyłem na trasie i to nie mówię o warunkach czy innych nieprzewidzianych sytuacjach, ale o formie dnia, bądź formie zgodnej z tym, że to już praktycznie koniec sezonu.

Prawie nie padało
Każdy kto przyjechał do Kielc już na starcie zaliczył małe zwycięstwo. Zazwyczaj na finał pogoda nie rozpieszcza, ale będąc już na mecie wspominaliśmy rok, w którym Kielce były grane w okresie letnim. Wtedy była prawdziwa patelnia i jedyne co ratowało trasę, to jazda praktycznie cały czas w lesie, co choć trochę ochładzało nasze głowy. W tym roku takich zmartwień nie było. Większym zmartwieniem było znalezienie motywacji do startu, ponieważ pogoda bardziej zachęcała do oglądnięcia dobrego serialu.
Wielu z nas miało jednak do wygrania coś więcej niż zaliczenie startu. Ostatni wyścig to wciąż walka w generalce, ale też sama możliwość pościgania się na kieleckiej trasie zawsze bardzo kusi. Osobiście na ten maraton przyjeżdżam od kilku sezonów i podobnie jak w Miedzianej Górze i Daleszychach, trasa nie chce mi się znudzić.
Pokręcony start
Organizatorzy mieli w tym roku trochę pod górę z realizacją finału. Prawdopodobnie ze względu na inne imprezy w Hali Legionów, całe miasteczko zawodów musiało przenieść się kawałek dalej, a najbardziej brakowało powyścigowego komfortu, jaki dawała hala. W tym roku wszystko odbyło się na zewnątrz, więc oczekiwanie na koronację w GC wymagało poświęcenia. Całe szczęście można się było przykleić do ściany okolicznego budynku, co znacznie redukowało słynny kielecki wiatr.


Zmiana miejsca startu wymusiła też lekkie modyfikacje na pierwszych metrach po starcie. Warto było sprawdzić sobie wcześniej jak wygląda część rozprowadzająca. Dzięki temu można było oszczędzić sobie nerwów i niekoniecznie pożądanych kąpieli we wczesnej fazie wyścigu. Oczywiście jak już w końcu quad dowiózł nas do podjazdu przy stoku narciarskim, to wszystko wróciło do znanej z poprzednich edycji normy.
Dobra przyczepność, zła przyczepność
Jak zwykle, potrzebowałem kilka kilometrów, żeby poczuć na ile można sobie pozwolić na kieleckich ścieżkach. Pierwsze zjazdy szły na dużej asekuracji, ale pierwszy podjazd jak zwykle dobrze rozrzedził grupę i jechało się w bezpiecznych odległościach. Czekałem też, żeby organizm w końcu się rozgrzał i żeby poczuć prawdziwe flow.
Trzeba przyznać, że runda w Kielcach jest bardzo odporna na deszcz. Miejscami było tak sucho, jakby nie padało od miesięcy. Miejscami z kolei można było się mocno zaskoczyć, zwłaszcza na jednym zjeździe, który okazał się glinianą pułapką. Tam o jakiejkolwiek trakcji nie było mowy. Osobiście ten zjazd skończyłem na prawej bandzie, ale całe szczęście bez gleby. Z relacji na mecie wynikało, że moja wersja była najbardziej pożądaną i gleb nie brakowało.
Najgorszą częścią trasy była jednak moja dyspozycja. Jak na początku wyścigu czekałem na rozgrzanie, tak z kolejnymi kilometrami czułem, że moja dzisiejsza jazda może nie być winą dogrzania. Po 15 kilometrach miałem kompletnie dość i chyba najchętniej odpuściłbym sobie dalszą jazdę. Na zjazdach trochę odżywałem i czułem się nieźle. Na podjazdach na pewno potrafię więcej, ale tego dnia nie byłem w stanie tego pokazać. Jedyne co mnie motywowało to chyba fakt, że przecież nikt tutaj po mnie nie przyjedzie i nie zabierze mnie do domu. Trzeba było jakoś przetrwać.




Podwójny ból
Jakoś zupełnie zapomniałem o tej części trasy w Kielcach, którą najmniej lubię. Na początku wpada nam sporo pionu i trasa potrafi dogrzać mięśnie. W drugiej części jest zdecydowanie szybciej, a do tego wpadamy na długi odcinek z pogranicza lekkiego zjazdu, poprzecinanego krótkimi podjazdami. Generalnie ten teren można uznać za płaski i tylko czekałem jak zza moich pleców wypadnie 10osobowy peleton i mnie zje. Przy sobotniej dyspozycji, ta część trasy była dla mnie dużym wyzwaniem. Całe szczęście jakoś przetrwałem i jak już dotarłem do ostatnich singli to wiedziałem, że jakoś przeżyje ten wyścig.
Zupełnie nie pamiętam z ubiegłych edycji dwóch podjazdów, tych najbardziej stromych. Trzeba było się na nich dobrze zagiąć, a licznik w jednym miejscu pokazywał 28% i to przez dłuższy czas. Coś w stylu podjazdu pod wyciąg w Miedzianej, plus kamienie i śliska gleba.


Finał
Pomimo trudnych warunków startowych, te na trasie były więcej niż dobre, a ilość błota akceptowalna. To prawdziwe kolarstwo górskie, tylko ostatnie lata przyzwyczaiły nas do tego, że z zawodów wracamy bardziej zakurzeni niż ubłoceni. Kielce po raz kolejny pokazały, że warto czekać cały sezon, żeby po raz kolejny pojawić się na okolicznych trasach. Wciąż nie przestaje mnie dziwić, że w okolicy jest tyle dobrego terenu, wręcz idealnego pod kątem MTB.
Z całego sezonu MtbCrossMaraton byłem na czterech wyścigach. Złote trio (Daleszyce, Miedziana Kielce), plus Piekoszów. Wszędzie było świetnie, choć sianokosy z Piekoszowa zapamiętam najbardziej. Jeśli ktoś ma jeszcze bieżnik w oponach, to w najbliższy weekend Myślenice i ostatnia możliwość na górskie ściganie w 2025. Później już tylko głaskanie rowerów i czekanie na kalendarz 2026.
Wyniki: https://www.mtbcross.pl/wynikiZawodow
Zdjęcia: MICHAL STANCZYK MTB CROSS MARATON