Myślenice, to zasłużony powrót legendy MTB. Trudno zliczyć, ile razy już ścigałem się na tutejszych trasach, w różnych konfiguracjach i oczywiście w różnych cyklach. Tym razem miało być inaczej, ponieważ prawdopodobnie pierwszy raz w historii ściganie odbyło się na rundzie, oczywiście z konkretnymi przewyższeniami.

Kolarze kolarzom
Myślenicka trasa rodziła się w bólach. Przekładane terminy startów, modyfikacje trasy, a jak już wszystko było gotowe, to na kilka godzin przed startem, swoje postanowili dołożyć leśnicy. Ich wizyty w lesie to zawsze ten sam rezultat – masa błota i koleiny po szyję, więc końcówkę trasy trzeba było ponownie zmodyfikować, jak się później okazało z bardzo dobrym skutkiem.
Przy projekcie trasy pomagali lokalni bikerzy, którzy jak nikt inny doskonale znają potencjał okolicznych lasów. Ogólnie na trasie miałem wrażenie, jakbym jako jedyny przyjechał do Myślenic nieprzygotowany. Większość, o ile nie wszyscy jadący w moim zasięgu, wyjątkowo dobrze i płynnie radzili sobie na zjazdach. W moim przypadku, zacząłem sobie radzić dopiero na drugiej rundzie średniego dystansu.
Wołacz!
Pogoda podobnie jak w Kielcach nie rozpieszczała. Osobiście długo walczyłem z samym sobą czy startować. W Kielcach miałem duży kryzys, ale tygodniowe jazdy wlały optymizm, że jednak nie jest aż tak źle. Odpuszczenie maratonu, który jest grany 30 km od domu, to też lekki wstyd. W mobilizacji pomagał mi również kumpel z teamu Andrzej, który ostatecznie sam nie wystartował – zapomniał osi przedniego koła… Kolejna rzecz, której Andrzej zapomniał na zawody. Czekamy na cały rower.


Dojazdowy fragment łączący trasę z leśną pętlą w większości prowadził po szerokim asfalcie, na którym idealnie można było znaleźć swoje miejsce w szeregu. Moje miejsce w szeregu okazało się dość odległe. Czołówka dość szybko zniknęła za horyzontem i co chwilę ktoś mnie mijał. Na podjazdach nie jestem przyzwyczajony do takiej sytuacji, tym bardziej że nie czułem się źle. Temperatura szybko ustabilizowała się na wysokości 2 stopni, a my zaczynaliśmy zjeżdżać na pierwszą z rund.
Pierwszy zjazd w teren wiele wyjaśnił. Tutaj też padło jedno z bardziej znanych polskich słów, które potrafi opisywać wiele zdarzeń, tym razem zostało odmienione w formie wołacza. Wiedziałem, że jeśli tak to się zaczyna, to później będzie kolorowo, zwłaszcza na zjazdach.
Ale jazda
Pierwsze zjazdy i docinki terenowe to była wersja demo tego co czekało na nas na najtrudniejszym, najstromszym i najdłuższym zjeździe całej pętli. Na pierwszej rundzie nie liczyłem, ale przypuszczam, że wyprzedziło mnie z dziesięć osób. Jechałem ten zjazd w tym roku w suchych warunkach i był bardzo wymagający. Biorąc pod uwagę warunki na trasie i już obecny stan ogumienia…to do dziś się zastanawiam jakim cudem objechałem to w pionie. Pocieszałem się, że druga runda będzie łatwiejsza. Faktycznie zjechałem to szybciej i pewniej, ale początek był jeszcze mocniej wyślizgany. Ostra jazda. Na takie warunki przydałyby się jakieś solidne gumy na błoto. Każde inne to sprawdzanie cyrkowych zdolności i duża loteria.




Reszta zjazdów była już bardziej przejezdna i czułem się tam pewniej, zwłaszcza jadąc to drugi raz. Długie, szerokie, podjazdowe szutry nigdy nie były moją mocną stroną, ale ważne, że nie traciłem dystansu. Jak tylko przyszedł podjazdowy odcinek terenowy, to się okazało, że jadę dwa razy szybciej niż inni dookoła. Generalnie druga runda poszła mi znacznie sprawniej i pewniej. Niestety rower odczuwał już skutki jazdy w takich warunkach i na wielu zjazdach wolałem nie ryzykować użycia droppera. Cały zalany błotem zaczął działać bardzo topornie i sztyca z dużym trudem wracała na swoje miejsce.
Single
Dojazd do mety w całości miał przebiegać po oficjalnych singlach w okolicach starego wyciągu. Taki teren jest oczywiście odporny na wodę i w końcu można było poczuć trochę pewności i radości z szybszej jazdy. Jak wspominałem we wstępie, leśnicy mieli jednak inny pomysł na trasę i przez przypadek wyszło jeszcze lepiej. Najlepszy odcinek, to właśnie stary dojazd do mety, szlakiem zielonym. Zawsze lubiłem ten odcinek i w tym roku jako jeden z nielicznych był wystarczająco suchy, żeby go pewnie pokonać. Na single trzeba będzie jeszcze kiedyś wrócić w formie bez rywalizacji.






Co dalej?
Tegoroczna wersja trasy w Myślenicach, jak dla mnie zdała egzamin. Wielokrotnie już mówiłem: 20-kilometrowa runda, to dobry pomysł. Organizatorzy też zauważają, że maratonowe MTB się zmienia. Zmienia się pokolenie i za tymi zmianami muszą iść zmiany w zawodach. Obecnie większość preferuje krótsze ściganie, mało kto stawia na najdłuższe dystanse. W maratonach brakuje świeżej krwi, młodych zawodników, dla których trasa byłaby atrakcyjna. Problemem jest też pokolenie M4, które ściga się od wielu lat i obecnie stanowi prawdziwy beton w klasyfikacjach. Większość młodych zawodników rozbija się o ten beton, a przy obecnym stylu życia „na chwilę”, to bodziec do rezygnacji.
Możliwe, że w najbliższym czasie lepiej niż maratony będą stały wyścigi XCO, które możliwe, że również będą grane pod marką DareToBe. Kierunek jest obrany na Małopolskę. Osobiście mam nadzieję, że ktoś w końcu przełamie rowerową posuchę Krakowa, w którym wydaje się, że można jedynie biegać po bulwarach. Do Myślenic w takiej formie jak ta z 2025 osobiście chętnie wrócę, mam tylko nadzieję na termin wrześniowy, połowa października bywa ryzykowna.